Refleksje na temat drogi wybranej
sobota, 06 października 2007
Powody

Większość osób uważa, że publiczne opisywanie swojego prywatnego życia od strony religijnej nie jest na miejscu, a dokładniej powinno to być osobistą, duchową drogą, w której wędruje się może i w samotności, być prywatną, wewnętrzną i zewnętrzną codziennością  (nie tylko w religii, którą ja studiuję, ale zapewne i każdej innej). Nie zaprzeczę temu stwierdzeniu, a nawet dodam, że widzę to dokładnie tak samo, jak zostało ujęte powyżej.

Umieszczając jakiekolwiek notatki na owym blogu, może i zdradzam swoje prywatne myśli, poglądy, przeżycia, problemy, ale w końcu jest to osobity, prywatny pamiętnik, który będąc publicznie przekazywany, nadal pozostaje osobisty i prywatny. Nie zdradzam tu swojej tożsamości, a dane które tu można znaleźć są niczym znaczącym. Mógłbym powiedzieć, że jestem w tej wirtualnej rzeczywistości jak Józef K. z pewnej znanej każdemu książki, w której to ową postacią mógłbyć każdy obywatel tego kraju.

Wszystkie notatki tu zamieszczone można traktować na swój dowolny sposób, gdzie mogę tylko dodać że są szczere, i zawierają się tylko w ułamku tego co wydarza się w rzeczywistości (wyraźnie można zauważyć, że nie pojawiają się zbyt często), mówiąc dokładniej są wypełnieniem mojej luki w codzienności. Umieszczam je tutaj jednocześnie z tego powdu, iż jest to jedno z miejsc, w którym to mogę otrzymać komentarz czy opinie, zamienić zdanie z osobami, które idą tą samą, czy podobną drogą w życiu, jak ja, a których to nie znam w życiu rzeczywistym i do których dotrzeć nie sposób.

czwartek, 27 września 2007
Trudne sytuacje

Po raz pierwszy od kilku lat, kiedy to zacząłem studiować wszelkie materiały dotyczące judaizmu, zostaje postawiony w trudnej sytuacji. W najbliższy weekend udajemy się z moją drugą połową oraz naszym małym potomkiem na ślub bliskiej nam osoby. Owym problemem jest to, że ślub ten odbędzie się w kościele katolickim, a jak niektórzy wiedzą, w moim życiu staram się wyznawać zasady judaizmu, w których to zakazane jest Żydom wchodzić do wszelkich miejsc kultu religijnego obcego wyznania. Patrząc na to, z punktu widzenia niektórych osób, nie powinienem się tym zakazem przejmować, ponieważ sam Żydem nie jestem, więc i zakaz mnie nie dotyczy. Niestety, nie przyjmuję takiego wytłumaczenia, ponieważ zaczynając zagłebianie się w tajniki owej religii, przyjąłem na siebie ciężar jej praw. Już raz poradziłem sobie z taką sytuacją, gdyż działo się to w mojej miejscowości, w której każdy z mojej rodziny wie jakie zasady wyznaje. Jednak w tym przypadku ślub odbędzie się w małej mieścicnie (sądzę, że nie mieszka tam więcej niż 1000 mieszkańców), gdzie każdy każdego zna, zapewne.

W sumie to od samego początku, stawiany zostaje w podobnych sytuacjach i nie było przypadku, z którym bym sobie nie poradził. Mam nadzieję, że przynajmniej Młoda Para nie będzie miała do mnie pretensji, o brak mojej obecności, przy akcie zawarcia ślubu. Jest jeszcze szansa na wynagrodzenie im tego czynu, podczas przyjęcia weselnego, mam nadzieję.

czwartek, 20 września 2007
Nowe wyzwania, oczekiwania

Po przyjeździe do kraju niezwłocznie postanowiłem uruchomić własną firmę, o której to planach śniłem nocami będąc na obczyźnie. Myślałem, że potrwa to najwyżej tydzień tj. udam się do naszego Urzędu Miasta, gdzie dokonam wpisu do ewidencji działalności gospodarczej (tu poszło gładko), następnie do Urzędu statystycznego (też nie najgorzej), dalej do banku po konto firmowe, z którym to miałem udać się do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i Urzędu Skarbowego.

Podkreślam, że miałem, gdyż minęły już dwa tygodnie, a jak umowy rachunku i karty bankowej nie ma, tak i nie wiem kiedy będzie. A w oddziale banku zapowiadało się nienajgorzej. Dałem się namówić na konto osobiste, które to połączone jest z owym, tak długo oczekiwanym kontem, nie płacąc przy tym ani grosza za utrzymanie, a wyrabiając je zaledwie w 10 minut. Nawet zdążył już dotrzeć wyciąg ze stanem konta na miesiąc bierzący. Ale po co mi konto osobiste, jeżeli nadal nie mam firmowego z którego to dochody będą przelewane. Najgorsze, że nie jest to zwykły, komercyjny bank, który charakteryzuje się malutkimi placówkami, zajmującymi się głównie kredytami w 5 minut, tylko jeden z największych banków w naszym kraju.

Dziś wieczorem odbieram projekt strony internetowej, który to miał zakończyć cały etap przygotowań do rozpoczęcia działalności. Ale banki zapewne nie rozumieją, że w niektórych firmach jedyną formą płatności jest przelew na konto. No cóż... pozostaje mi czekać... lub rozdać pierwsze towary za darmo (jako forma reklamy)...

sobota, 01 września 2007
Pustka na własne życzenie

Ostatnio ogarnia mnie brak "wylewności" (jak to ujęła, pewnego razu, znajoma mi osoba). Możliwe że skłamałem, pisząc, że nie zamieściłem żadnej notatki na moim blogu, tłumacząc się przede wszystkim brakiem czasu. Mogłem poprostu napisać:

"Chciałem poinformować moich czytelników, że w najbliższym czasie (aż do nadrobienia wiedzy na temat jakichkolwiek informacji, czy to ważnych, czy też nie), na blogu owym nie pojawią się nowe treści."

Próbuje dojść do tego jak to się stało, choć wiem że na ogół naprawdę nie jestem osobą wylewną. To i tak sukces, że tutaj potrafię coś umieścić. Na chwilę obecną tłumaczę sobie zaistniałą sytuację, jako wynik przerwy w mojej nauce (w jakimkolwiek kierunku), co głównie spowodował wyjazd za granicę. Ale w jaki sposób mój wyjazd mógł spowodować brak czasu, jeżeli wolnych i wynudzonych chwil miałem tam zbyt wiele. Tak właśnie to wygląda w mojej sytuacji, ponieważ każdy taki wyjazd niszczy mój normalny harmonogram życia codziennego. Zamiast przeznaczyć wolne chwile przynajmniej odrobinę do nauki, wolałem przespacerowywać je wszystkie ulicami Londynu. A gdy już wracałem do domu, nie byłem w stanie zabierać się do lektury, gdyż z powodów kulinarnych większość wieczoru spędzałem w kuchni. No więc co z czasem przed snem, było go nadal wiele, lecz jakże odmówić mojemu współlokatorowi krótkiej rozmowy po całym dniu mojej nieobecności (a uwierzcie mi, że w przeciwieństwie do mnie, jest bardzo rozmowny). Tak więc dni mijały i nic nowego do mnie nie docierało. Nie sądze, aby to mnie usprawiedliwiało, ale w pewien sposób chciałbym się obronić przed własnym sumieniem. Zawiniłem, więc teraz muszę to nadrobić.

czwartek, 30 sierpnia 2007
Nie na miejscu

Nie na miejscu było chyba moje zachowanie, gdyż zniknąłem tak bez śladu. A miałem przynajmniej raz w tygodniu zamieścić nową notkę na blogu. Pisząc szczerze, nie miałem poprostu czasu na pisanie bloga, podczas mojego pobytu za granicą, co głównie było spowodowane brakiem internetu. Ale teraz powinno to się zmienić, gdyż wróciłem na dobre do Polski, a charakterystyczną moją cechą jest to, że każdy wieczór spędzam przed komputerem (przynajmniej godzinę dziennie - to coś w rodzaju extra kolacji, takie pożywienie dla umysłu).

Spróbuje nadrobić zaległości, choć przyznam się że będzie mi trudno, gdyż niedługo zamierzam otworzyć własną firmę. Zmęczyły już mnie wyjazdy. Wolę jednak pracować na miejscu i z rodziną przy boku. A przy okazji, i co najważniejsze, mogę kontynuować wieczorne "spotkania z księgami", których bardzo mi brakowało w Londynie (chyba już wspominałem dlaczego). A gdy już wbije się w normalny wir życia, który to został lekko zachwiany po pięcio miesięcznej przerwie, myślę że jedna notka dziennie będzie standardem.

czwartek, 05 kwietnia 2007
Trudno sie przestawić

I znowu powrocilem do pelnego zycia Londynu. Wszystko byloby pieknie, gdyby nie fakt, ze mam problemy z zaklimatyzowaniem sie w nowym (i po czesci starym) otoczeniu, co zwykle przychodzilo mi bez trudu. Swoja droga to trafilem na wspolokatora, ktory przez dzien caly oglada mecze pilki noznej (ze tez musialem tu wpasc na sezon pilkarski), co strasznie utrudnia mi skupienie sie na jakiejkolwiek nauce. Jedyne co mnie pociesza to fakt, ze pod koniec przyszlego tygodnia wyjezdza on do polski na trzytygodniowe wakacje. Nie jestem przeciwnie nastawiony do ludzi, ktorzy pasjonuja sie sportem, ale nie moge sie juz doczekac tego dnia. Poprostu zawsze na poczatku potrzebuje troche spokoju, a tu o niego trudno. Nawet nie moge przylozyc sie do pisania bloga, gdyz brakuje mi na to czasu. Przynajmniej pozytywna rzecza jest fakt ze prace znalazlem juz na drugi dzien po przyjezdzie do Anglii (w sumie to nic nowego w tym panstwie).

Tak to juz jest na emigracji...

niedziela, 25 marca 2007
Przychodnia publiczna, a miła Pani doktór

Ogólnie rzecz biorąc staram się nie zwracać uwagi na wady tego państwa, gdyż musiałbym zapewne stworzyć nowe ugrupowanie krytyków, ale jak tu nie wspomnieć o naszej cudownej służbie zdrowia, kiedy to przez tydzień i jeden dzień cały próbowałem się zarejestrować do lekarza ogólnego w mojej osiedlowej przychodni.

Kiedy po raz pierwszy się tam udałem (była to godzina 17:40, a przychodnia czynna jest do 18:00), przyjąłem odmowę recepcjonistki ze zrozumieniem, gdyż bardzo mozliwe, jak to stwierdziła, że owa Pani doktor jest bardzo zmęczona, gdyż miała dzisiaj wyjatkowo dużą liczbę pacjentów, a nie byłem jeszcze na skraju zdrowia mojego organizmu. Slyszałem takie odpowiedzi oczywiście przez 7 dni z rzędu. W ostatnim dniu, kiedy to  temperatura mojego ciała osiagnęła niespełna 40 stopni Celcjusza postarałem się przyjśc wcześniej tj. o godzinie 16 i chyba nie godzina, ale mój stan okazał się przepustką do upragnionej wizyty.

Najlepsze jest to, że po kuracji lekowej, mój stan nie wiele się polepszył poza zniknięciem uporczywej gorączki, ale nie to było głównym motorem mojej choroby. Nie dziwie się takiemu efektowi, gdyż zwykle mój lekarz mi nie pomagał. Udałem się z powrotem do przychodni, po skierowanie do specjalisty, gdzie przynajmniej sposobem wszedłem poza kolejnością. U specjalisty okazało się, że najbliższy termin w jakim lekarz może mnie przyjąc jest 4 kwietnia, co nie uszczęśliwiło mojej osoby, gdyż wyjeżdżam przed tym terminem za granicę (ale uważam, że to i tak sukces gdyż w szpitalu usłyszałbym zapewne 4 październik).

Pozostała mi jedynie wizyta prywatna. Tutaj trafiłem na przemiłą Panią doktór (bez oczekiwania w kolejce), która to już od wejścia chyba nie zważając na cel mojej wizyty, poczęła wydobywać ode mnie cały życiorys życia z częścią rodziny włącznie. To było tak zabawne, że nawet nie wiem kiedy skończyła się wizyta, otrzymałem recepty, a po wyrzuceniu z siebie szczegółowego Curriculum Vitae, i zdobyciu pewnych informacji o synu Pani doktór, wyszedłem z dobrym humorem do domu, a skurczenie mojego portfela nie było większe od składek, które to comiesięcznie są odciągane od mojego wynagrodzenia.

piątek, 23 marca 2007
Na smyczy prowadzane

Niewiele jest zwierząt domowych, które w życiu widziałem prowadzone na smyczy, a dokładniej tylko psy i koty (no i może królika).

 

Dzisiaj, po załatwieniu ostatnich spraw z pracodawcą, w drodze do domu, udałem się jak zwykle na dworzec kolejowy, gdzie na peronie, wśród grup studentów, powracających do domów po tygodniowych zajęciach na wyższych uczelniach, spostrzegłem przy jednej z owych studentek charakterystyczny mały błękitny kuferek. Kuferek jak kuferek, nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że to "pudełko" to nic innego jak mała klatka podróżna, dla jakże równie małej tchórzofretki (zwierzę to zazwyczaj osiąga długośc 30 cm), którą dostrzegłem, gdyż właścicielka owego zwierzątka oprowadziła go po peronie na smyczy.

 

 

W sumie to słyszałem o różnych udomowionych zwierzętach, widziałem wiele, zwłaszcza po pobycie w jakże pomysłowym Londynie, ale prowadzanie takiego małego zwierzątka, jakim jest tchórzofretka na smyczy to już trochę przesada. Ja rozumiem nosić to zwierzątko w torebce, w kieszeni (tam naprawde się zmieści), ale prowadzania na smyczy nie wyobrażałem sobie.

Teraz musze przyznać, że najwyraźniej mało widziałem...

czwartek, 22 marca 2007
Same dobre wieści

Wczoraj odbyłem rozmowę z moim dyrektorem w sprawie zwolnienia z parcy. Niespodziewanie moja wizyta nie bardzo go zdziwiła, a dokładniej wyglądało to tak jakby na mnie czekał, w dodatku bardzo chętnie i mile przystał na rozwiązanie umowy za porozumieniem stron z pominięciem, jak bardzo niewygodnego dla mnie, okresu wypowiedzenia.

Jakby tego było mało, prosiłem o rozwiązanie umowy z dniem 23 marca, a więc dziś jak codzień udałem się do pracy, gdzie zostałem poinformowany o przysługujacych mi czterech dniach urlopu (co bardzo mnie zaskoczyło, gdyz zwykle po miesiącu przysługiwało mi póltora dnia). W związku z tym, że pozostały mi tylko dwa dni pracy, kazano mi wrócić do domu, a kolejne.dni zostaną mi zamienione na wynagrodzenie.

W pewnym sensie to jestem załamany, gdyż teraz będą mi się dłuzyć dni do wyjazdu, ale z drugiej strony cieszy to zapewne moją drugą połowę, mojego małego następce i mnie oczywiście, gdyz mamy w tych dniach więcej czasu dla siebie, co przed długim rozstaniem daje wiele dobrego.

środa, 21 marca 2007
A więc ostatnie 5 dni

Tyle właśnie pozostało mi pobytu w naszym kraju. Zapewne powtarzam tą myśl poraz kolejny, ale tym razem postanowiłem do końca. Rezerwacja dokonana, opłacona, więc pozostaje mi tylko czekać na wylot.

Wiem że miało to wyglądać trochę inaczej, zwłaszcza po moich wpisach z dni poprzednich, lecz każdy mnie chyba zrozumie (przynajmniej moja A. jest za mną), że warunki jakie muszę pokonywać w docieraniu do pracy i z powrotem są dla mnie jak pobyt na obczyźnie. Widywanie się z rodziną jest ograniczone do spotkań podczas kolacji oraz w sennych marzeniach, gdyż czas podrózy poprostu mnie przerasta, a efekty tych poświęceń, wyraźnie nie są tego warte. Wyjazd ten ma może i swoje minusy, ale w porównaniu z sytuacją w jakiej obecnie się znajduje przewaga dobrego jest po stronie emigracji.

O blogu oczywiście nie zapomnę i będę się starać uzupełniać go regularnie, tym bardziej, że czasu, ani warunków mi nie zabraknie. Przynajmniej poza zwiedzaniem będę miał nowe zajęcie. A więc od przyszłego tygodnia wpisy już zza granicy.

 
1 , 2 , 3