Refleksje na temat drogi wybranej
wtorek, 30 stycznia 2007
Cechy moralne...

Zostały już tylko dwa dni na podjęcie dezycji, która zaważy na moim losie, a mianowicie z rodziną, czy z dala od niej, co jest ciężkim przeżyciem.. Moja żona chyba najbardziej się tym przejmuje. Syn raczej jeszcze tego nie rozumie. On widzi w tym tylko dobre strony, zawsze po moim powrocie w walizce czeka niespodzianka, o której zawsze mi przypomina podczas rozmów telefonicznych.

Raczej będe się starać, aby mój ostatni powrót był również ostatnim, tego typu, w moim życiu. Koniec podrózy! Chyba, że z całą rodziną. Co to za życie w rozłące. Lepiej mieć mniej, ale być razem.

A co najważniejsze... studia nad Torą są łatwiejsze. Na emigracji, przynajmniej tam gdzie ja przebywałem, nie miałem za ciekawej sytuacji. W Londynie mam tylko jednych znajomych, gdzie zamieszkują dodatkowo znajomi znajomych, a ich styl życia całkowicie odbiega od normy, według mojego rozumowania. Szczerze, to domu wracałem najpóźniej jak mogłem, żebym tylko nie musiał oglądać ich zachowania i nie tylko, a jeżeli nawet już tam wróciłem to siedziałem w swoim pokoju. Nie mówię, że odseparowałem się od nich całkowicie, ale ograniczałem moje spotkania z nimi do minimum.

Kiedyś czytałem o cechach moralnych człowieka, a jedną z nich pozwole sobie zacytować:

"Jest w naturze człowieka, że na jego czyny mają wpływ jego przyjaciele, koledzy i sąsiedzi. Dlatego człowiek powinien zaprzyjaźnić się z dobrymi ludźmi, przesiadywać zawsze z mędrcami, aby uczyć się z ich czynów. A oddalać się od złych ludzi, którzy chodzą w ciemnościach, aby nie uczyć się od nich.

Powiedział Król Salomon (pokój z nim) "Kto chodzi z mędrcami - zmądrzeje, a przyjaźniący się z głupcam - stanie się głupcem".

Jeśli ktoś mieszka w mieście, gdzie są złe zwyczaje, a ludzie z tego miasta nie chodzą drogą prawości - lepiej jest wyprowadzić się i zamieszkać w mieście, gdzie ludzie są sprawiedliwi i mają dobre zwyczaje. "

W pewnym sensie dlatego też wróciłem do domu. Dla mnie trudne było się z nimi porozumiewać. Szczerze to nie miałem nawet wspólnego tematu z nimi. Poprostu inny świat. Może ten wyjazd miał być dla mnie sprawdzianem. Tak czy inaczej przetrwałem, co mnie ogromnie cieszy.

poniedziałek, 29 stycznia 2007
Tylko słuchaj...

Może i ten utwór powinna zamieścić tu "moja druga" połowa, ale to właśnie mnie się podoba. Jest tam wiele o Hawajach, ale i wiele o kolorowym barwach na niebie, które przypominają o czymś ogromnie ważnym dla niektórych...

Braki...

Minął już miesiąc od kiedy nie pracuje. Z dnia na dzień coraz bardziej wszystko mi się nudzi. Chyba każdy człowiek potrzebuje pracy, aby móc żyć normalnie. 

Dobrze, że przynajmniej mogę pomóc mojemu bratu w jego biznesie, inaczej całkowicie bym zwariował. Zwłaszcza, że przejąłem mu dział sprzedaży towarów, co jest dla mnie największą rozwywką. Nie ma to jak promowanie towaru w ten sposób, aby klient wybrał towar, z pośród wielu konkurencji, właśnie od ciebie.

Sprzedaje w internecie, a to chyba jest jedyne miejsce, w którym spotyka się ogromna rzesza sprzedawców, jednej branży, w tym samym punkcie, a mianowicie stronie aukcyjnej internetu. Nie mówie, że całkowicie podoba mi się ta forma zbytu. Szczerze... wolałbym otworzyć sklep, w którym to miałbym bezpośredni kontakt z klientem. Dla mnie sprzedaż wirtualna powinna byc tylko ułatwieniem sprzedaży pewnej grupie klientów. Ja osobiście nigdy nie dokonałem zakupu poprzez internet, poza książkami na stronach wydawnictw (posiadaja większe zasoby dzieł, aniżeli w księgarniach).

Ostatnio nawet chodzą za mną myśli,na temat otworzenia własnej działalności gospodarczej, a dokładnie handlowej. Kwestia tylko jakiej dokładnie. Mam juz pewne pomysly, ale jeszcze brakue kilku rzeczy do ich realizacji, więc narazie pozostane zapewne przy wspieraniu interesów brata...

niedziela, 28 stycznia 2007
Tego juz nie ma...

Bardzo żałuje, że takie widoki zniknęły w większości naszych miast w Polsce, a zwłaszcza mojego (na zdjęciu, lata przedwojenne)... zapewne rozwiązałoby to problem przeprowadzki. Niestety dziś pozostał tylko park zieleni...

Co z tym celem?

Od kiedy zacząłem iść drogą, w której znam juz swój cel, cały czas pojawiają się jakieś przeszkody. Pokonywanie ich stawia mi największą przyjemnośc w dążeniu do niego, lecz jedna, chyba najwieksza z barier jakie stoją mi na drodze, co może okazać się trochę zaskakujące, to dokonanie aktu samej konwersji.

Wiem, że wiążę się to z przeprowadzeniem na stałe, na okres kilku lat do Warszawy, co przy moim stanie rzeczy jest w najbliższych latach niewykonalne. Zrobiłbym wszystko aby móc tam mieszkać, ale poprostu nie wiem jak to zrealizować... (znalezienie pracy jest chyba największym problemem)

Napewno się nie poddam. Wierzę... że to tylko kwestia czasu.

Troche muzyki...

Trochę muzyki, lecz słowa też są ważne...

Dzień jak codzień?

Od kiedy moje wszystkie czyny skierowały się w jednym kierunku, który jest bardzo poważnym wyborem w moim życiu, a mianowicie dożyć chwili dokonania konwersji na judaizm, w każdą niedzielę miesiąca zastanawiam się jak traktowac właśnie ten dzień dzień.

Wychowałem się w rodzinie katolickiej. Moi rodzice w każdą niedzielę uczęszczają do kościoła, gdzie ja przestałem chodzić już w wieku 13 lat (co było, jak myślę, wynikiem mojego buntowniczego charakteru - skoro moi koledzy tam nie chodzą, dlaczego ja miałem to robić, szczerze to w ogóle nie rozumiałem sensu tam uczęszczania - raczej nikt nie starał się mi tego wyjaśnić). Każdej niedzieli jest u nas wystawny obiad, gdzie przyjeżdża moje rodzeństwo z rodzinami, w związku z czym, na tą chwilę, ten dzień kojarzy mi się poprostu z jednynym, w którym mogę się spotkać z całą rodziną naraz.

Ja również, dokładnie 4 lata temu, założyłem własną rodzinę, lecz my postanowiliśmy iść własną drogą, co nie jest łatwe mieszkając pod jednym dachem wraz z moimi rodzicami, którzy są 100% katolikami. Nie mam nic przeciwko katolikom, ale uważam ich cel życiowy za niewystarczający. Każdy ma tu swoje własne poglądy, ale ja staram się nie wchodzic w żadne dyskusje.

Nadal mam jednak problem... jak poza spotkaniem z rodzina wypełnić ten dzień. Czy powrócić do normalnej pracy, jak w każdy dzień tygodnia... Czy też znaleźć inny sposób na wypełnienie tego wolnego czasu... ?

sobota, 27 stycznia 2007
Porót, czy tylko przerwa?

Kilka tygodni temu wróciłem z półrocznego pobytu w Londynie. Oczywiście jak większośc tam przebywających Polaków byłem poprostu w pracy, a wolałbym szczerze być tylko na wakacjach.  

Zwiedziłem w życiu wiele krajów Europy i zawsze mówiłem sobie że ostatnim krajem w którym zawitam będzie Anglia. A dokładnie to wcale nie chciałem jechać do tego kraju (z opowiadań słyszałem, że tam często pada deszcz, a nad Tamizą jest stale mgła (jak to w filmach słynnego detektywa) - opowiadania były oczywiście nieprawdziwe, suma ilości opadów w Londynie niczym sie nie różni od tego jaka jest sytuacja w Polsce, a i mgły w ogóle nie widziałem).

Wracając do sprawy... starałem się wrócić do swojej poprzedniej firmy, w której spędziłem przed wyjazdem ostatnie 2 lata, ale jakoś odzewu nie widać (przyszedł nowy kierownik który wszystkie stanowiska obsadza swoimi znajomymi (brak słów jakie zmiany nastają w instytucjach państwowych - przynajmniej takie "cudowne" zmiany występują w mojej miejscowości, nie twierdzę że tak jest wszędzie), w związku z czym chyba powrócę do kraju wielkich możliwości, jak to niektórzy myślą. W sumie to możliwości są ogromne, zalezy tylko kto i na kogo trafi. Ja miałem wyjatkowe szczęście, ponieważ prace znalazłem juz po dwóch dniach pobytu.

Teraz po tych kilku tygodniach nudy (która to nakierowała mnie do pisania tego bloga) stwierdzam, że prawdopodobnie w połowie lutego wracam na emigrację... Nie ma to jak 2ps of Chicken and Chips na obiad oraz cudowny Tea time w pracy. Każdy kto pracował w Londynie przynajmniej kilka dni napewno zdołał zapoznać się z tamtejszymi zwyczajami panującymi w pracy tj. cyt. "pamiętaj! tylko nie za szybko, bo co będziesz robić jutro..."

piątek, 26 stycznia 2007
Cel zawarty w celu...

Cel główny jest to cel na tyle ważny dla działającego, że dla niego samego gotów jest podjąć działanie, przy czym często pojawiają się cele uboczne, w których może właśnie jest nasz cel główny, tyle że nie przez nas samych zamierzony...

Przedstawiam ten opis mojej drogi w życiu, aby każdy wiedział jak poprzez dążenie do pewnego celu, doszedłem do całkiem innego, ważniejszego, a mianowicie "mojej" wiary. Zaznaczam "mojej", ponieważ według prawa nie do końca jest moja... Ja uważam, że przynajmniej po części należy do mnie... w moich myślach i postępowaniu...

Wszystko zaczęło się 2 lata temu, a dokładnie wiosną 2004 roku, kiedy to uświadomiłem sobie, że w moim całym szkolnym życiu nie przeczytałem w całości ani jednej lektury.

A więc od razu wziąłem się do nadrabienia zaległości. Wyszukałem spis lektur obowiązkowych w programie liceów ogólnokształcących, a następnie zacząłem wielkie zakupy wiedzy pisanej. Nie będe dokładnie opisywać jakie lektury kolejno zakupiłem i przeczytałem, ale w pewnym momencie doszedłem do lektury zapewne nie przez wszystkich przerabianej, a mianowicie Biblii. Wiem jakie  głębsze znaczenie ma dla niektórych ta księga. Kończąc czytanie Starego Testamentu postanowiłem że na tym etapie ją zakończę. Dowiedziałem sie że Biblia którą przeczytałem (a dokładniej Stary Testament) ma swoje źródło, którym jest Tora, czyli biblia hebrajska. To właśnie wtedy znalazłem swój cel głowny...