Refleksje na temat drogi wybranej
środa, 14 marca 2007
Nie zniknęły do końca

Pisałem kiedyś, że pewne widoki zniknęły z naszych ulic. Mowa tu o żydowskich dzielnicach w naszym kraju. Zniknęły, ale nie do końca.  

Bowiem co roku do Leżajska zjeżdżają się Chasydzi z całego świata na grób cadyka Elimelecha z Leżajska, gdzie w tym roku przypadło to dokładnie na dzień 10 marca. I dokładnie tego dnia to małe miasteczko zamieniło się w prawdziwie żydowskie miasteczko. Wszędzie na ulicach można było spotkać grupy osób ubranych w czarne płaszcze, w kapeluszach oraz z długimi brodami. Miło jest wiedzieć, że takie widoki wracają, choćby na kilka chwil, w nasze otoczenie.

poniedziałek, 12 marca 2007
Mój spokój

Przeczytałem dzisiaj na blogu Kakofonii, że poprzez narastanie emocji związanych z wysłuchiwaniem jakże "cudownych" wiadomości w naszych polskich mediach, nie oparła się, aby ich nie skomentować (oczywiście negatywnie). W sumie to chyba żaden człowiek w Polsce nie jest w stanie przemilczeć komentarza tych informacji. One zwyczajnie normalne nie są.

Napisałem żaden, więc może przesadziłem, bo przynajmniej ja już nie komentuje. A to za sprawą wysłuchania kilka lat temu wykładu z Psychologii społecznej, na którym to została dogłębnie przedstawiona mi rola mediów w naszym życiu, po którym przestałem się interesować informacjami z nich płynących. Każdy, kto zna reguły marketingu, wie dokładnie czym media są, ale nie mówię że to coś całkowicie złego. Tylko, że te same reguły wykorzystuje polityka. A nie każda osoba jest obdarzona umysłem, który potrafi jej podpowiedzieć, co jest dobre a co złe, więc tu marketing w mediach to zrobi za nią, tylko w którym kierunku?

A najważniejszą rzeczą w braku telewizji (dokładniej tej części politycznej) jest chyba to że mam spokój. W dodatku od tamtego czasu nic się w moim życiu nie zmieniło, więc był to zapewne dobry wybór.

środa, 28 lutego 2007
Brak czasu

Mam pracę. Raczej powinienem być zadowolony. Prawie od początku założenia tego bloga narzekałem, że nie mogę jej znaleźć. Ale teraz kiedy ta sytuacja uległa poprawie, trudno jest się doszukać na mojej twarzy zadowolenia. Wszystko chyba przez te dojazdy, naprawdę wczesne wstawanie z łóżka i naprawdę późne powroty do domu. Trudno jest mi znaleźć nawet odrobinę czasu na pisanie bloga, nie wspominając już że mam wiele nauki. Nie do końca wiedziałem na co się porywam. A miało być tak pięknie...

W dodatku dopadła mnie choroba, która najbardziej utrudnia mi zaklimatyzowanie sie w nowym miejscu. Że to musiało właśnie mnie spotkać w pierwszym dniu pracy.   Nawet leki nie bardzo mi pomagają, czyli pozostaje mi jedynie się wychorować (ale dlaczego w pracy? jeszcze jeden taki dzień i wyskoczę ze zwolnieniem lekarskim, co jest chyba nie na miejscu w pierwszym tygodniu zatrudnienia).

Mam nadzieję, że o chorobie szybko zapomnę oraz szybko powróci moje optymistyczne nastawienie do życia, inaczej ciężko to widzę...

piątek, 16 lutego 2007
Oczekiwanie

Już w poniedziałek zaczynam ponownie normalnie życie. Wracam do pracy, a chyba nie ma nic bardziej przyjemnego jak obudzić się rano z myślą, że gdzieś trzeba się udać, coś trzeba zrobić, poprostu wypełnić tą lukę dnia codziennego jaka wystepuje u każdego.

Wiem, że nie wszyscy się ze mną zgodzą, przecież dla niektórych marzeniem jest, aby móc wylegiwać się w łóżku do późnych godzin południowych, ale to nie dla mnie. Nigdy nie lubiłem spać w dzień. Zawsze zastanawiałem się jak można spać kiedy na dworze świeci słońce. Zrozumieć mogę tylko ludzi powracających z pracy, z nocnej zmiany, do domu. Ale ja na ich miejscu pewnie i tak bym nie zasnął, chyba że mielibyśmy tutaj sytuacje jaka występuje na  biegunie, kiedy to przez pewien okres nie widać słońca całymi dniami.

No ale powróćmy do rzeczywistości...

Już za kilka godzin rozpocznie się szabat. Nie znam jeszcze do końca praw dotyczących tego dnia, dlatego właśnie w czasie jego trwania staram się poświęcać więcej czasu na ich studiowanie. Czytanie o zwyczajach i zasadach, które obowiązują w tym dniu, chyba najbardziej mile wypełni mój czas w dniu dzisiejszym.

czwartek, 15 lutego 2007
Matisyahu na żywo

Matisyahu - Lord raise me up (live)

Zbieg okoliczności?

Kiedy dziś rano wstałem z łóżka, po ostatnich oczekiwaniach, rozważaniach i rozmowach z rodziną, postanowiłem, że wyjeżdżam. Szczerze mówiąc to już wczorajszego wieczoru zacząłem planować całą podróż, ale powiedziałem sobie "ostatni raz się z tym prześpię".

Po przebudzeniu, nie do końca jeszcze powracając ze świata snów do rzeczywistości, uruchomiłem mój komputer. Jak zwykle z nawyku, jeszcze przed udaniem się na stronę lini lotniczych, zajrzałem na stronę internetową pewnego ośrodka judaizmu, mysli żydowskiej i edukacji. Jak wiadomo nie mam własnego rabina, do którego mógłbym iść z zapytaniem w jakiejkolwiek ważnej kwestii, a więc pozostaje mi tylko to Stowarzyszenie, które właśnie odpowiada na takie pytania.

Kilka tygodni temu zadałem pytanie dotyczące właśnie mojego wyjazdu zarobkowego względem rodziny (gdzie zwykle po kilku dniach otrzymywałem odpowiedź) lecz po dłuższym milczeniu straciłem nadzieje na jakikolwiek odzew. Ale jednak nie zawiodłem się do końca, kiedy to w dniu który miał zaważyć na moją najbliższą przyszłość, odpowiedź się ukazała...

"Rodzina jest oczywiście ważniejsza od pracy. Praca jest środkiem do utrzymania rodziny, a wyjazd na dłuższy czas działa przeciwko rodzinie, nawet jeżeli nie jest to widoczne na pierwszy rzut oka. Jedynym wyjściem jest więc znalezienie takiej pracy za granicą, aby rodzina mogła tam również wyjechać - najszybciej jak jest to możliwe - i być razem.

Jeżeli praca jest opłacalna tylko wówczas, gdy wymaga samotnego pobytu za granicą - nie jest warta, aby ją podejmować na okres dłuższy, niż parę tygodni. Wtedy lepiej znaleźć pracę na miejscu, nawet gorzej płatną i nawet niezgodną z kwalifikacjami."

W dodatku, po przeczytaniu w/w odpowiedźi zadzwonił telefon, w którym to zostałem wezwany na rozmowę, w celu ustalenia odpowiedniego, w stosunku do moich kwalifikacji, oraz dogodnego stanowiska pracy dla mojej osoby i w dodatku w miejscu o większym priorytecie w strukturach przedsiebiorstwa, niż pracowałem dotychczas.

A więc zostaję!

Zawsze głęboko wierzyłem...

poniedziałek, 12 lutego 2007
"Ortodoksja nowoczesna"?

Zanim postanowiłem o zmianie wyznania nie zadawałem sobie pytania czy będę w stanie podołać wszystkim prawom zawarym w 613 przykazaniach, których źródłem jest Tora. W miarę coraz wiekszego zagłębiania się w naukę, poznając coraz to nowe zakazy, nakazy, czy też przykazania staram się wdrażać je bez zastanawiania. Interesuje mnie tylko źródło. To jest w zupełności wystarczajacy powód, aby je wszystkie wypełniać. Spełnianie Tej woli napawa mnie wręcz wielką dumą.

Jak wiadomo mam juz własną rodzinę, a więc co za tym idzie moja druga połowa ma też Swoje zdanie w tak ważnej kwestii, która zaważy na formie przebiegu, naszego wspólnego, dalszego zycia. Staram się często poruszać z A. ten temat i musze przyznać, że czasami ze zdziwieniem patrzę jak łatwo daje się przekonać do przestrzegania tych zasad, ale jednak nie wszystkich.

W dziesiejszym judaiźmie, ze względu na rzeczywiste różnice poglądów i postaw, wyróżniły się różne odłamy judaizmu, a mianowicie ortodoksyjny, konserwatywny i postępowy.

Po przeanalizowaniu naszych wszystkich rozmów, odnosząc się do książki A. Untermana "Żydzi. Wiara i życie", stwierdziłem że najdalej gdzie A. jest w stanie pójść ze mną jest, wyłaniajaca się z judaizmu ortodoksyjnego "ortodoksja nowoczesna". Jest ona następstwem ideologii reprezentowanej przez R. Samsona Raphaela Hirscha z Frankfurtu. Żydzi ubierają się tu według wzorca zachodniego, studiują na wyższych uczelniach, akceptują drugorzędne elementy kultury spełeczeństwa, w którym żyją. Męszczyźni chodzą gładko ogoleni, kobiety czynnie uczestniczą w życiu gminy...

W związku z tym, że Warszawska Gmina Wyznaniowa, która jako jedyna przeprowadza konwersje, zalicza się do ortodoksyjnych, a w "ortodoksji nowoczesnej", jakby nie patrzeć można zauważyć lekkie reformy, czy nie zostaje automatycznie wykluczony...

piątek, 09 lutego 2007
A zapowiadało się wspaniale

Tak nas zasypało wczorajszego dnia , że dziś rano gdy spojrzałem na parking nie mogłem odnaleźć własnego samochodu. Poza tym wszystko byłoby w porządku gdybym tylko nie był uziemniony w domu, a to za sprawą choroby mojego małego nasępcy, która zaatakowała dziś rano. A tak bardzo pragnął żeby spadł wreszcie ten śnieg. Mieliśmy wyjśc na sanki i ulepić wielkiego bałwana, gdy mama przebywa w pracy.

 Teraz pozostaje nam zabawa w budowniczych z drewnianych klocków. Poza czytaniem mu książek oraz kolorowaniem na papierze nic innego nie chce robić, jak tylko budować garaże dla samochodów, czasami nawet przez kilka godzin dziennie.

Poza kwestią codzienności w moim domu, to jeżeli chodzi o kwestie mojej pracy, na dzień dzisiejszy nie dośc że brak jest odpowiedzi ze strony polskich pracodawców to w dodatku cisza i poza granicami naszej republiki.

Gdy byłem młodszy moje podejście to wykonywania jakiejkolwiek pracy nie było nazbyt pozytywne, można się domyśleć jakie było dokładnie. Lecz kiedy juz zacząłem swoją pierwszą pracę nastąpił wielki przewrót w tej sprawie. Teraz każdy dzień bez pracy to jak dni męki i cierpienia. Nawet wiem juz co może byc w życiu najgorsze... JEST TO BRAK PRACY! Człowiek poprostu nie wie co ze sobą zrobić. Nie jest w stanie normalnie funkcjonować jeżeli nie ma ułożonego konkretnego harmonogramu zadań na dany dzień. Jego myśli są poprostu rozrzucone po wszystkich kątach. Dobrze, że przynajmniej mój syn stawia mi ogromne wyzwania architektoniczne... każdy szczegól musi być idealnie dopracowany.

Mam nadzieję, że ta sytuacja szybko sie zmieni. Naprawdę mocno w to wierzę.

poniedziałek, 05 lutego 2007
Słowa, słowa... posłuchaj, poczytaj

Matisyahu - Jerusalem

wersja animowana z tekstem pisanym

niedziela, 04 lutego 2007
A jednak emigracja...

Po długich przemyśleniach i oczekiwaniu na odzew ze strony poskiego pracodawcy oraz moich znajomych, "stety" lub niestety postanowiłem powrócić do Londynu.

Nie do końca jednak to potwierdzam, ponieważ nie jestem pewnien, czy chętnie zostane przyjęty z powrotem do firmy w której pracowałem do tej pory.

W wyjeździe widzę złe, ale i również dobre strony. W dobrych przede wszystkim jest możliwośc poświęcenia więcej czasu na studiowanie Tory, po drugie mam większe szanse dotarcia, na codzień, do społeczności żydowskiej, gdzie mógłbym się nauczyć czegość więcej, a co nie jest dla mnie możliwe w Polsce.

Dla mnie przyjemny jest sam widok, przebywając w Golders Green, grupy ludzi, w kapeluszach, ubranych na czarno, z brodą i długimi pejsami, spacerujących sobie główna ulicą tej dzielnicy. Od razu przypomina mi się mój cel jaki pragne osiągnąć, oraz motywuje mnie do dalszej nauki. Chociaż nie żyłem w czasach przedwojennych to widok tej ulicy, z koszernymi sklepami oraz restauracjami w tle, umieszczonych w angielskiej architekturze przynosi mi na myśl widok codzienności w przedwojejnnej Polsce, gdzie świat żydowski na niektórych ulicach naszych miast istniał równolegle do naszego.

Podczas spisywania ostatnich przemyśleń, które tu zamieszczam, po dotarciu do stolicy Anglii, jednego jestem pewnien... wiem już, gdzie będę szukać mieszkania...